the best birtday ever

Jestem niepoprawnym optymistą, ale do wczoraj myślałem, że najpiękniejszy dzień w życiu mam już za sobą. Pomimo daty, która ewidentnie wskazywała na moje urodziny, 16 kwietnia 2014 nie zdawał się różnić od np. środy w tamtym tygodniu. Nic nie podejrzewając, po dniu pełnym spotkań (za które serdecznie dziękuję) wróciłem do domu. Wszedłem do mieszkania i stojąc w przedsionku zdziwiłem się, dlaczego zamknięte są drzwi do kuchni czy te do salonu. Pociągnąłem za jedną z klamek i zmiótł mnie niepowtarzalny widok – (prawie) wszyscy najbliżsi skumulowani w jednym miejscu. Balony na suficie, stół i szafka uginająca się od przystawek, szampan, piękny tort z petardą, a przede wszystkim przyjaciele śpiewający sto lat… Rzadko zdarza mi się nie mieć nic do powiedzenia, ale wiedziałem, że słowa nie są w stanie wyrazić co w tej chwili czuję… Byłem zaskoczony i podekscytowany. Nikt nigdy nie zrobił mi tak dużej niespodzianki. Należę do wąskiego grona osób, które potrafią wyczuć kiedy „coś się święci” (np. od dziecka wiedziałem gdzie „Św. Mikołaj” chowa prezenty). Dziękuję za masę życzeń, także od osób, z którymi nie mam w ogóle kontaktu – to niesamowicie miłe. Nie ukrywam, że na wiele życzeń liczyłem […], niektóre wprawiły mnie o refleksje… Niech się spełniają! ;D Jagoda, Monika, Kinga, Salvadore, Aga, Dryll, Basia, Maja, Dawid, Kamil, Staś, Damian, Kajo – jesteście najlepsi. Dziękuję za niesamowite prezenty m. in. książkę ze zdjęciami i wpisami z bloga! Za okładkę Vogue’a z moją podobizną w antyramie, czapkę z wiatrakiem, stroik do gitary Fender, masę (celowo pomieszanych i nie do pary) skarpet w hamburgery, Jarzębiak :D Kinder niespodzianki, kisiele, książkę „Chcę żyć” autorstwa Izy Bartosz, kartki z pięknymi życzeniami i inne… Przez całe przyjęcie bałem się, że to tylko sen. Jeszcze nie mogę dojść do siebie.




Korzystając z chwili świąt wielkanocnych i momentu kiedy mam najmniej spraw do załatwienia, jadę do Zielonej Góry. Minęło wiele miesięcy od mojego ostatniego pobytu w rodzinnym mieście. Później krótkie odwiedziny u współlokatorki Jadzi w Toruniu, a na początku przyszłego tygodnia direct booking i wylot do Szwecji, do Sztokholmu. Czas spędzony w podróży chcę przeznaczyć na czytanie książek i pisanie pracy licencjackiej, która jest zdecydowanie zbyt czasochłonna.

instagram: @RAFALOZY
twitter: @RAFALOZY

#birtday #22 / teach me tiger x KENZO

KENZO to światowej sławy, paryski dom mody. Początkowo o nazwie Jungle Jap, został założony w 1964 roku przez Japończyka, Kenzo Takada. Projektant jest jednym z najbardziej wpływowych kreatorów mody „ready to wear”. Wraz z nazwą KENZO przychodzą na myśl żywiołowość i egzotyka: nasycone kolory, barwne kwiaty, baśniowy obraz tropikalnej dżungli czy emanujące zielenią liście. Zauważyłem duże zainteresowanie bluzą, którą miałem na sobie na zdjęciach w poprzednim poście - KLIK. Postanowiłem pozostać przy motywie kota, jednak tym razem przy nieco większym i zdecydowanie bardziej drapieżnym. Po raz kolejny postawiłem na prostotę – bez zbędnych udziwnień czy mniej męskich dodatków. W przygotowanym przeze mnie zestawie dominują dwa główne kolory: czerń i biel. Jedynym barwnym elementem outfitu jest wzorzysty, charakterystyczny dla marki KENZO tygrys, który tworzy tzw. pierwszy plan stylizacji. Bluza może się pozornie wydawać za krótka / za mała (a jest to rozmiar L), proszę jednak zwrócić uwagę na rękawy - prawdopodobnie brand celowo stworzył nieco zmodyfikowaną rozmiarówkę. Tym sposobem jeszcze bardziej wydłużyłem swoje długie (do nieba) nogi. Do czarnych spodni typu slim fit ze sztucznego jeansu, założyłem białe Jordany z czerwonymi elementami z tyłu. Zwieńczeniem zestawu jest biała czapka typu full cap, pozostając dzisiaj wierny marce, KENZO.















Obiecywałem, że stopniowo będę eksperymentował z kolorami - dotrzymam słowa, ale wszystko w swoim czasie :) Okres świąt wielkanocnych (pisanki, kosze pełne jedzenia i palmy) jest i tak wystarczająco barwny. Podziękowania dla osób, bez których nie powstałyby zdjęcia w tym poście: Jagoda, Martyna („wsparcie mentalne”) ;P Dawid i Brian.

Dokładnie 22 lata temu, w zielonym mieście na zachodzie polski, nie mam pojęcia, w którym szpitalu, przyszedłem na świat. Mógłbym mieć urodziny przez 365 nocy w roku (pod warunkiem, że wraz z każdym nadchodzącym dniem nie przybywałoby mi lat) :P Dziękuję tym bliższym i tym dalszym za pamięć oraz za masę życzeń, nawet tych najprostszych - niech się spełniają! :)

bluza: KENZO spodnie: H&M buty: Nike Air Jordan full cap: KENZO (New Era) photo: wspaniała współlokatorka Jagoda Tyborska

instagram: @RAFALOZY



kot przemierzający kosmos na syntezatorze

Pamiętam, że przełomowym momentem w moim życiu, w kwestii doboru garderoby, był rok 2009. Wyjazdy do Poznania czy Warszawy otworzyły mi oczy i pokazały nieco odważniejszą, niż w rodzinnym mieście, modę uliczną. Pomimo wielkiego uczucia jakim darzę czerń, staram się eksperymentować oraz powoli i stopniowo przełamywać barierę co do kolorów. Berło władzy tej prostej, a jednocześnie niezawodnej stylizacji, przyznałem bluzie. Materiał, z którego została wykonana, to delikatnie ocieplany od wewnątrz poliester. Bez uczucia dyskomfortu, spędziłem w niej cały dzień. Jest to moja pierwsza w życiu bluza typu full printed. Największe obawy w zamawianiu przez Internet, budziła we mnie jakość – teraz wiem, że niepotrzebnie. Nadruk jest dokładny i widoczny nawet z bliska. Kolory są żywe, a wzór dokładnie taki jak na stronie Mr Gugu & Miss Go. Nie kupuj go w worku… A na bluzie? Na tle (dla niektórych może nieco oklepanej) galaktyki, widnieje postać kota, do złudzenia przypominającego mojego czworonożnego domownika. Do granatowych trampek z niską podeszwą (ten rodzaj obuwia darzę niemałym sentymentem – przypominają mi dzieciństwo i przedszkolne „kapcie”) dołączyłem ogólnodostępne, sztuczne jeansy. Na prostych, szarych i zwężanych spodniach zrobiłem tzw. pinrolle - zazwyczaj potrójnie podwinięte nogawki. Chcąc zachować prostotę oraz skupić uwagę na bluzie, do stylizacji celowo nie dobrałem żadnych dodatków. Jestem jak kot, bo lubię chadzać własnymi ścieżkami. Jako, że ulubionym miejscem kotów, oczywiście tych domowych, są parapety, nie mogłem trafić na lepsze miejsce do zdjęć :)


Poniżej prawdopodobnie najkorzystniejsze zdjęcie ze wszystkich w tym poście :)










buty: chiński obuwniczy na dworcu centralnym w Warszawie bluza: Mr. GUGU & Miss GO spodnie: H&M fotograf: (szwagier) Kajetan Szwed

unexpectedshopping / retro pan drewno

Pomimo kalendarzowej wiosny, pogoda wciąż lubi pokazywać środkowy palec. W skrajnych różnicach temperatur, zwłaszcza podczas przesilenia, warto mieć w torbie czy plecaku sweter na tzw. czarną godzinę. Niewiele waży (zajmuje nieco więcej miejsca), a w szkole / pracy może służyć także za poduszkę ;) Z najnowszego numeru magazynu ELLE, dowiedziałem się, że do trendów na nadchodzący miesiąc – maj – zaliczane są: złamana symetria, ogrody Edenu, na fali i "słodki" pop.

John Rocha to projektant mody, urodzony 23.08.1953 w Hong Kongu, ale od wielu lat pracujący i mieszkający wraz z rodziną w Dublinie. Po ukończeniu w latach ‘70 Croydon School of Art w Londynie, założył swoją pierwszą markę Chinatown w Irlandii, tworzył ubrania zarówno dla kobiet jak i mężczyzn. John Rocha to projektant, którego prace charakteryzuje ręczne wykonanie, wszelkie koralikowanie oraz bardzo często łączenie tkanin z elementami techniki. W 1993 został mianowany Projektantem Roku na British Fashion Awards. 15 lat później, 23 października dostał „Special Award” jako Przedsiębiorca Roku 2008 przyznawane przez Ernst and Young. Wraz z biegiem lat, rozszerzył swoje portfolio o architekturę, dekorację wnętrz, kryształy i biżuterię. Jeden z pierwszych i chyba najpopularniejszy butik Johna Rocha został otwarty w 2006 roku na Dover Street w Londynie. Ciekawostki: Obroty wszystkich marek Johna Rocha szacowane są na ok. 200 mln euro rocznie. Jego córka Simone jest również projektantką. Druga posiadłość projektanta znajduje się w ​​Saint-Jean-Cap-Ferrat w południowej Francji. W 2010 roku był jednym z sześciu współczesnych projektantów z Irlandii, których wizerunek został upamiętniony na znaczkach pocztowych.

Maison Martin Margiela jest jednym z najbardziej wziętych, cenionych i kontrowersyjnych projektantów w świecie mody. Urodził się 9 kwietnia 1957 roku w Lauven w Belgii. Ukończył Królewską Akademię Sztuk Pięknych w Antwerapii. W 1982 zauważony przez Jeana-Paula Gaultiera, objął stanowisko jego asystenta oraz przeprowadził się do Paryża. Jednym z przełomowych momentów w życiu Margieli był rok 1997 kiedy został projektantem domu mody Hermes. Ciekawostki: Margiela nie lubi rozgłosu i nie pozwala żeby go fotografowano. Dopiero w 2001 zgodził się na artykuł prasowy w Vogue, jego studio zostało sfotografowane podczas gdy on sam był tam nieobecny.

Kierując się wskazówkami sezonowej mody, warto pamiętać o własnym stylu. Chociaż wiosna zwiastuje powtarzany od niepamiętnych czasów trend na kolory, postanowiłem złamać zasadę i oddać się odcieniom ziemistym. Nieodłącznym elementem moich codziennych stylizacji jest tylko jeden dodatek – uśmiech.


kurtka: John Rocha sweter: Maison Martin Margiela
bądźmy w stałym kontakcie, instagram: @RAFALOZY
podziękowania dla Moniki Witowskiej za zdjęcie wykonane w Galerii Mokotów

keep your head up

Prawdopodobnie będzie to jeden z bardziej pesymistycznych postów na blogu. Chcąc oszczędzić "dokładki" tym czytelnikom, którzy są nie w sosie, nakłaniam do zamknięcia strony właśnie w tym momencie. Wytrwałym dziękuję za poświęcenie czasu i zachęcam do komentowania czy wciskania "lubię to" pod postem. Za każdym razem, kiedy wydaje mi się, że życie nie jest już w stanie niczym zaskoczyć... Nie, jednak zacznę od końca. Ostatnie dni to awersja do ludzi i jakieś trudne równanie pełne niewiadomych. Matematyk ze mnie kiepski, może dlatego rozwiązanie działania przychodzi tak mozolnie. Jedno jest pewne - potrzebuję korepetycji z uczuć. Wielu, wielu godzin... I dużo cierpliwości, uwagi i zrozumienia. Potrzebuję też nowych szkieł, bo prawdopodobnie te, które mam teraz na sobie są stare, dostrzegam coraz mniej.


Nieumiejętnie przeskoczę do drugiej myśli, z zupełnie innej (ale równie ważnej) beczki. Wiem, że obiecałem poinformować o następnych warsztatach, które będę miał przyjemność współprowadzić wraz ze stałą ekipą - Gają i Brianem. Chciałbym przeprosić za brak jakiejkolwiek wzmianki na temat wykładu. Jedynym argumentem jaki mam na swoją obronę był czas. Czas od kiedy dodałem ostatni post oraz ten, w którym dostałem cynk z prośbą o "powtórkę z rozrywki". Na fotografii danie główne czyli Brian, obok niego Gaja i z tyłu, na środku - ja (tak, wiem - wyglądam jak grzyb z Mario Bros) :P w towarzystwie uczniów I LO im. C.K. Norwida z Wyszkowa.


Jak dobrze, że (przynajmniej) pogoda sprzyja uśmiechom. Niekulturalni pod Pałacem Kultury. Pierwsze wspólne wyjście po chyba rekordowym czasie od ostatniego spotkania. Jak zawsze: fastfood, camembert z żurawiną, pierdyliard wspólnych zdjęć, piwo i wspomnienia - niezmiennie.


Po przeszło tygodniu wyjętym z życia wyciągnąłem kilka mniej lub bardziej trzeźwych wniosków. Zazwyczaj wszystko idzie po mojej myśli, ale od czasu do czasu warto "pożyczyć" dobre fluidy innym. Tak miało być, chociażby po to żebym później jeszcze bardziej doceniał jak wiele mam. Wyprany z emocji szukam suszarki, na której wyschnę i odświeżony wrócę do rzeczywistości. Refleksje są całkiem w porządku pod warunkiem, że zajmują fragment, a nie całe życie.


Zdjęcie wyżej pstryknęła Monika Witowska. Dziękuję za masę propozycji (wysyłanych przez formularz na stronie maxmodels) dotyczących wspólnych sesji. Proszę wybaczyć obsuwę, wracam do żywych i obiecuję odpowiedzieć na każdą wiadomość. Spotkajmy się jeszcze tutaj:

INSTAGRAM @rafalozy
TWITTER @rafalozy

w marcu nie tylko koty marcują

Pamiętam jak wczoraj moment, w którym założyłem bloga. Po wielu namowach, niespecjalnie przekonany do "publikowania życia" w Internecie, uległem presji otoczenia i zarejestrowałem się na photoblogu. Z czasem, poirytowany brakiem możliwości wrzucenia dłuższych przemyśleń czy kilku zdjęć w jednym wpisie, przeniosłem się tutaj i... Zagościłem na dobre. Co więcej, dodawanie postów czy wymiana komentarzy i poglądów z czytelnikami stało się moim niemałym uzależnieniem. Na zdjęciu jeden z domowników, ulubione miejsce do "szczekania" na (spotykające się na parapecie za oknem) gołębie.


Na pytanie: "Co słychać?" bez zastanowienia odpowiedziałbym: "Wszystko dobrze, jak zwykle." Jest jednak mała (dosłownie) rzecz, która od tygodnia komplikuje plany i zmienia nastrój co kilka minut. Jestem zdrów jak koń i na nic nie narzekam, ale od kilku dni... Wyżynają mi się "ósemki" czyli tak zwane "zęby mądrości". Nie wiem czym sobie zasłużyłem na to wyróżnienie w tak młodym wieku, ale najmniej lubianym osobom nie życzę bólu, który jest z tym związany. Starałem się znaleźć jakieś plusy sytuacji i chyba jedynym będzie wypad na weekend do rodzinnej Zielonej Góry :) Zmieniając temat na nieco przyjemniejszy, kilka dni temu, wraz ze wspaniałą ekipą Wyższej Szkoły Promocji, nagrywaliśmy spot dla jednego z banków. Chyba pierwszy raz w życiu (a może drugi) wcieliłem się w rolę aktora. Sceny, w których brałem udział (a nie było ich mało) :P nagrywaliśmy w greenboxie. Z niecierpliwością wyczekuję efektów finalnych naszej wielogodzinnej pracy. Atmosfera, zaangażowanie i dobry humor nie wykluczający profesjonalizmu to jedne z niewielu określeń, którymi podsumowałbym ten dzień. Podobało mi się do tego stopnia, że z chęcią przeszedłbym się w przyszłym tygodniu na jakieś castingi do reklam. Niżej wrzucam zajawkę, backstage, który uwiecznił kolega z roku - Dariusz Jaszczyński.


Po ostatnich dniach zadowalającej aktywności przed obiektywem, mam ochotę na więcej. Czas na odświeżenie portfolio. Wszystkich (fotografów i stylistki) korzystających z maxmodels i zainteresowanych współpracą, zapraszam do kontaktu - link do profilu CRUNCHER na maxmodels - klik. Dość długo byłem tam nieobecny, dlatego jutro zabieram się za zaległości w postaci odpowiedzi na zaległe wiadomości czy komentarze. Założyłem konto przeszło 5 lat temu kiedy portal dopiero raczkował więc wyprzedzając pytanie, nie pamiętam skąd wziął się pomysł na nick "cruncher" :) Niżej dzielę się dobrą, lekką i szybko wpadającą w ucho nutą, zasłyszaną w Funhousie (dzięki Damian). Suchar wieńczący post: Dlaczego Del Rey jest mokra? Bo Lana.